***
Minęło kilka tygodni, koniec marca uderzył falą ciepła. Anna Wilk uśmiechnęła się spod czarnych okularów do słońca. Ruszyła w kierunku płyty Rynku Głównego, plecak podskakiwał lekko na poluźnionych ramionach. Mężczyźni których mijała oglądali się za nią, psy zakłopotane węszyły w powietrzu. Nic dziwnego, dawno nie było tu nikogo z tego rodzaju. Anna stanęła przy starej pompie wodnej, i pociągnęła kilka razy za rączkę. Obmyła twarz falą zimnej wody. Spojrzała na Kościół Mariacki i wciągnęła powietrze nosem. Pomimo zapachu spoconych ludzi którzy ją otaczali, pomimo woni kwiatów ze straganów wyczuła obecność Opiekuna. Zapach podobny do lawendy i kadzidła, ale trochę inny, jakby wyższy, o ile zapachy w ogóle mogą być wyższe. Zdjęła plecak i przysiadła przy fontannie.-Chodź, Opiekunie. Przyszłam się przywitać.- wyszeptała przed siebie. Nagle poczuła czyjąś obecność, tuż obok. Z udawanym spokojem odwróciła głowę.
-Witaj Razie
.
Urwała widząc obcą twarz. Anielica wyglądała na młodą dziewczynę, ubrana w jeansy i luźny podkoszulek machała nogami w powietrzu. W słońcu lśniły białe trampki. Odgarnęła blond włosy i uśmiechnęła się.
-Witaj, jestem Hanna. Raziel odszedł, miał dosyć tego miejsca, wrócił do Świetlistego Miasta.-Anielica spojrzała na niebo.
-Ach
więc, witaj, jestem Anna Wilk, mam zamiar zatrzymać się w Krakowie na dłużej.-
-Miło że przyszłaś się przedstawić, ale to miasto nie chce kłopotów z takimi jak ty. Nie wiem jaki miałaś układ z Razielem, ja nie zgodzę się na twój pobyt w Krakowie.- Anielica ciągle patrzyła na niebo. Anna zagryzła wargę. Cholera, nie spodziewała się tego. Przecież w Krakowie działa Akademia, powinni ją przyjąć bez zająknięcia się. Była w końcu ich absolwentką. I gdzie jest Raziel, kiedy go potrzebuje? Nie mógł odejść, kochał to miasto. Sama nie wiedziała czy mogli go odesłać, nie miała pojęcia na jakich zasadach oni działają.
Anna westchnęła. Zaraz, co to za zapach? powietrze. Strach, czuła strach bijący od anioła. Boi się? Można to wykorzystać, jeszcze wszystko nie stracone.
-Nie lubisz takich jak ja? Od kiedy to Kraków jest miastem nieprzyjaznym dla magów?-
Anielica spojrzała na Annę z zaskoczeniem. W jej niebieskich oczach było więcej strachu niż zdziwienia.
-Magów? Ale ty przecież nie jesteś magiem. Jesteś z plemienia. Nie
nie chcemy tu takich.-
Anna parsknęła śmiechem.
-Z plemienia? Na wszystkich bogów
och, przepraszam. Naprawdę myślisz że jestem z plemienia? Jestem magiem ziemi, mała anielico, i dawno temu udało mi się nauczyć zmieniać formę. To wszystko, nie jestem taka od urodzenia. Nauczono mnie tego.- Anna westchnęła z ulgi. Głupia pomyłka, to wszystko.- Jeśli mi nie wierzysz, to spójrz na moja aurę.-
Anielica wyciągnęła dłoń i na jej palcu usiadł kolorowy motyl, o skrzydełkach tak cienkich że przeźroczystych. Zwykły? Cholera, nie ma motyli w marcu, przecież. Anna przechyliła głowę z niedowierzaniem. Anioł potrzebował familiara do tak prostej czynności jak sprawdzanie czyjejś aury? Anna rozumiała że przeciętny mag mógł mieć trudności z przebiciem się przez ochronę jaką otoczyła swoją postać, ale przecież nie wysłannik Boga. Anielica mrugnęła i zmrużyła oczy .Po chwili otworzyła usta ze zdziwienia.
-Ja..ja... przepraszam, proszę pani. Nie wiedziała, że tacy ludzie jeszcze żyją. Bardzo przepraszam. Oczywiście jest pani mile widziana w Krakowie, jeszcze raz przepraszam.- Anielica spuściła wzrok i zarumieniona rozpłynęła się w powietrzu. Anna wybuchła śmiechem. Ludzie skąpani we słońcu patrzyli na nią zdziwieni. W powietrzu mieszały się rożne zapachy, radości, lenistwa, kwiatów, miłości, tajemniczości. Kraków, tak dawno nie była w tym mieście. Chyba jakieś pięćdziesiąt lat, od czasu wojny. Kraków. Przechodzący chłopak w skórze oglądnął się na nią, mrugnęła do niego. Anna podążyła wzrokiem za zgrabną blondynką w króciutkiej jeansowej spódniczce. Chyba zostanie tu dłużej niż planowała.
***
Wit Jakubowski pokręcił z niedowierzaniem głową. Szedł przez Rynek Główny zastanawiając się co ma zrobić z tą dziwną rzeczą, którą znalazł u babci, kiedy z przyzwyczajeniem oglądnął się za dziewczyną która wydawała się podobna do Niej. A ta dziewczyna, chyba pierwszy raz w jego życiu, puściła do niego oko. Nie, takie rzeczy nie zdarzają się jemu. Może innym, ale nie jemu. Czy to może coś znaczyć? Cholera, znowu zaczyna fantazjować, musi się skupić. Ten przedmiot, zacisnął dłoń w kieszeni kurtki, prawie na pewno jest artefaktem. Jeśli pokaże go profesorom z Akademii to zabiorą go, albo do badań, albo żeby wrócił na swoje miejsce. Ale na pewno nie pozwolą mu go zatrzymać. Zatrzymał się przed wejściem do Empiku, i wyjął przedmiot z kieszeni. Miał kształt kolczyka na długim, chyba srebrnym łańcuszku. Kończył się muszlą, zrobioną z kości słoniowej lub czegoś równie egzotycznego, wielkości wnętrza dłoni. Całość była zaskakująco lekka i błyszczała dziwnie w promieniach marcowego słońca. Czym jesteś, cholero? Zapytał w myślach Wit. Masz w sobie moc, to można wyczuć od razu. Będę musiał kiedyś spróbować zaczerpnąć z niego. No, dobra, znowu zaczyna odpływać. Co musi teraz zrobić? Pójdzie do Akademii i sprawdzi w bibliotece czy jest coś o tym. Schował kolczyk do kieszeni i wszedł do sklepu. Jest niedziela, Akademia jest otwarta przez cały dzień, do północy. Jeszcze zdąży do biblioteki. A teraz pora rozglądnąć się za porządną książką, najlepiej fantasy.
***
Zosia przeciągnęła się delikatnie w pościeli. Ciągle miała zamknięte oczy, ale już nie spała. Niezdecydowana czy kontynuować sen, czy też go porzucić, wsłuchiwała się w głos dzwonów w pobliskim kościele. Niedziela, ostatni dzień weekendu. Będzie musiała pójść do Akademii, żeby chociaż nie zapomnieli że tam jeszcze uczęszcza. Ale jak na razie, jedyna aktywność na jaką ją było stać to przekręcenie się na drugi bok. Ale sił zabrakło już na schowanie kształtnej nogi pod kołdrę. Przynajmniej słońce nie świeciło teraz prosto w powieki. Która to może być godzina? Dzwony walą jak oszalałe, więc to któraś z porannych mszy. Dziesiąta? Dwunasta? Piętnasta? Nieee, bez przesady, chyba nie spała do piętnastej. Rozkleiła prawe oko i na oślep sięgnęła po komórkę na podłodze. Dziewiąta czterdzieści pięć. Równiutko. Cholera, za wcześnie. Przytuliła się do poduszki zaciskając w ręce telefon, i odpływając w sen pomyślała: Przyjmij mnie z powrotem, panie Morfeuszu.
Obudziła się znowu po kilkunastu minutach, ale zdawało się, że sen skradł jej kilka dobrych godzin. Podniosła się i podrapała w rozczochraną burzę włosów. O czym śniła? Był jakiś labirynt, długi, coś ją chyba goniło, albo to ona kogoś ścigała? Już nie pamięta. Była jakaś wieża, i kiedy stanęła na jej szczycie musiała skoczy. Nie wiedziała dlaczego, ale musiała. Co musiała? Już nie wie, już sen uciekł. Otworzyła oczy i spojrzała na budzik na stoliku nocnym. Dziesiąta dwanaście. Spała jakieś
siedem godzin? Może osiem. Ziewnęła głośno i przetarła oczy dłonią. Zaswędziało. Spuściła nogi na dywan i poprawiła pidżamę. To ta krótka chwila kiedy ma się nadzieję że dom jest pusty, nie ma w nim nikogo, i za drzwiami czeka tylko dom, i ciepłe powietrze. Zosia zbliżyła się do drzwi. I rzeczywiście czasami tak jest, dom czeka z otwartymi ramionami na jedynego domownika który zbudził się ze snu. Ale częściej jest tak jak teraz, i przechodząc przez drzwi, Zosia została brutalnie wepchnięta w codzienne życie.
***
Anna Wilk kręciła się koło wejścia do krakowskiego zoo. Poczekała na moment kiedy bileciarka nie patrzyła i jednym susem przeskoczyła nad ogrodzeniem. Zgrabnie wylądowała po drugiej stronie i bezszelestnie podniosła się. Szła powoli w stronę domu Zarządcy ogrodu, wdychając ciepłe powietrze i zapach kwiatów. Zwierzęta w zagrodach i klatkach niespokojnie odwracały się za nią. Węszyły w powietrzu, nie mogąc rozpoznać zapachu. Anna minęła domek pracowników zoo. Nie, Zarządcy tu nie będzie, on nigdy nie ma czasu na odpoczynek. Zastanówmy się, gdzie może być? Wyszeptała formułę Widzenia Aury i z niezachwianą pewnością siebie ruszyła w kierunku jaśniejącego płomienia w zagrodzie jednorożców. Zapukała w drewniane drzwi i otwarła je. Stanęła po dwóch krokach i zacisnęła dłonie.
-Witaj Zarządco. Widzę , że i tu zaszły pewne zmiany kiedy mnie nie było.-
Zarządca podający kostkę cukru małemu jednorożcowi odwrócił głowę w jej kierunku. Zmarszczył brwi.
-Witaj
- nagle uśmiechnął się i klepnął w udo. Jednorożec szybko zlizał cukier i radośnie bryknął w kąt zagrody, do kupki siana. Musisz by Wilkiem! Anna, chyba tak się nazywasz, prawda? Musisz mi wybaczy, to niezbyt ważne wspomnienia mojego poprzednika i nie przywiązywałem do nich zbyt dużej wagi.
-Aha.-opowiedziała, uśmiechając się. Dolna warga zadrżała jej.- Czy mógłbyś zdjąć
te bariery? Chyba biorą mnie za kogoś z plemienia
-Och, przepraszam, zupełnie o nich zapomniałem. Dozorca wzruszył ramionami i machnął ręką. Anna odetchnęła głębiej i otarła kroplę krwi ściekającą z nosa na wargę. Straciliśmy poprzedniego jednorożca, wiesz? Pozostał nam tylko ten źrebak.- Anna spojrzała na biały rożek wystający z siana. Zarządca zacmokał, i młode nieśmiało podeszło do niego i podsunęło swój łebek pod jego rękę. Prychnęło domagając się pieszczot.
-Chciałabym się tutaj zatrzymać, tak jak wcześniej, na takich samych warunkach.-
Zarządca pogłaskał źrebię i wyjął z wiadra czerwone jabłko.
-Oczywiście że cię przyjmę, Wilczyco, ale cena wzrosła. Koszt to trzy krwawniki czystej wody za dwa tygodnie. Nie rób takiej miny, jak sama to ujęłaś, Kraków zmienił się od czasów twojej ostatniej wizyty. Spróbuj zapolować, sama się przekonasz co teraz dzieje się na ulicach. Aha, i uważaj na ludzi. Oni bardzo się zmienili. Jak ktoś powiedział: Nie trzeba być zamkiem aby być nawiedzonym. Nie trzeba być domem by gościć demony. Jak tylko dostanę pierwszą zapłatę, udostępnię ci przyjemne lokum w pobliżu Rynku.- Podał jednorożcowi jabłko.
- Mam tu kilka krwawników, miały mi wystarczyć na prawie cały pobyt, ale skoro podniosłeś ceny
- Anna rzuciła Zarządcy skórzaną sakiewkę. Mężczyzna wyjął jeden z czerwonych kamieni i przyglądnął mu się pod światło.
-To wystarczy jako przedpłata na pierwsze dwa tygodnie. Ale musisz mi jeszcze donieść jeden czystej wody, te są strasznie zanieczyszczone. Gdzie takie upolowałaś?-
-Czechy. Trudno się im tam rozwijać.- Anna uśmiechnęła się pod nosem.
- Dobrze.-Zarządca kiwnął głową i schował sakiewkę do kieszeni roboczych spodni.- A teraz, jeśli nie masz niczego lepszego do roboty, mogłabyś mi trochę pomóc. Gryf strasznie grymasi ostatnio, a jeśli mnie pamięć nie myli, to ostatnim razem całkiem sobie nieźle z nim radziłaś.
***
Zosia siedząc w bibliotece Akademii myślała czy iść na ćwiczenia z zaklęć światła czy nie. Z nudów przeglądała książkę o jednorożcach. Na karcie tytułowej był rysunek dwóch jednorożców stojących na zadnich nogach naprzeciw siebie. Lewy był cały czarny, łącznie z rogiem, prawy biały jak śnieg. Dopisek pod rysunkiem stwierdzał że nigdy nie potwierdzono istnienia czarnych jednorożców, a ilustracja prawdopodobnie obrazuje walkę dobra ze złem. Zosia nie miała bladego pojęcia o jednorożcach, dopóki wczoraj nie widziała jak jeden umierał. Już pamiętała co śniło się jej w nocy. Te błyszczące oczy pełne łez, z kropelkami krwi w kącikach. To rozpaczliwe rżenie przechodzące w bulgot gardła zatkanego krwią. Na samo wspomnienie świat się jej rozmył. Otarła oczy i rozejrzała się czy ktoś jej nie widział. Nie było nikogo w pobliżu, gdzieś dalej słyszała podniesione szepty. Podciągnęła nosem i skupiła się na tekście. Jednorożec jest źródłem wielu przydatnych surowców. Źródłem surowców? To nie jakaś cholerna kopalnia, to żywe stworzenie! Krew jednorożca może zostać użyta do wzmocnienia efektów wielu magicznych rytuałów, poza tym posiada naturalną moc uzdrawiania ran i wyganiania chorób. Bywa także czasem używana przez magów Światłości do potęgowania zaklęć ich domeny. Bywa czasem używana. Zosia nie mogła sobie wyobrazić maga Światła zdolnego wykorzystać coś takiego. Kości jednorożców posiadają słabą aurę magiczną, i broń wykonana z nich godzi silnie w stwory z Ciemności i może stanowić amulet ochronny przed zaklęciami Ciemności, lecz jego moc niejednokrotnie może okazać się niewystarczająca. Broń z kości tych zwierząt jest szczególnie skuteczna w walce z ożywieńcami. Prawdziwym skarbem i źródłem wszystkich magicznych mocy jednorożców są ich rogi. Same wytwarzają wokół żywego zwierzęcia potężną tarczę antymagi, jednakowoż, owa tarcza zdaje się słabnąć wraz ze śmiercią zwierzęcia. Jednak sam, nie obrobiony róg, w rękach doświadczonego maga jest potężnym źródłem zarówno mocy i jak i wspomnianej antymagii, zdolnej nawet w skrajnych przypadkach odbijać zaklęcia z powrotem w czarującego. Broń wykonana z rogu jest wytrzymała i lekka, błyszczy na biało w świetle słońca. Posiada właściwości podobne do kości, lecz o wiele silniejsze w działaniu. Jako jedna z niewielu jest w stanie zniszczyć ostatecznie potężne martwiaki, takie jak wampiry. Flety, harfy i inne instrumenty zrobione z rogu posiadają niezwykłą, i nie wytłumaczoną dotychczas umiejętność otwierania przejść pomiędzy dwoma miejscami na tym planie egzystencji, jak i otwierania portali do dalszych planów. Dalsze plany egzystencji? Będzie musiała o tym poczyta jeszcze, albo najlepiej zapytać jakiegoś profesora. Popatrzyła jeszcze raz na tekst, i przewróciła kartkę. Długa lista rzeczy związanych z jednorożcami znajdujących się w magazynie Akademii. Zosi zrobiło się niedobrze, kiedy uświadomiła sobie że aby zrobić każdy z tych przedmiotów musiał zostać zabity jednorożec. Tyle zabitych zwierząt. Od lektury oderwał ją odgłos kroków i cichy głos mruczący coś. Spojrzała na młodą dziewczynę średniego wzrostu z burzą czarnych włosów. Dziewczyna pomimo czarnych okularów czytała głośno tytuły książek i na niektóre machała palcem. Wskazane tomy powoli unosiły się za nią. Zdążyła uzbierać pokaźną kolekcję zanim Zosia nie odezwała się do niej.
-Wiesz że nie można wynosić książek poza bibliotekę? A chyba nie dasz rady przeczyta tego wszystkiego na raz.-
Dziewczyna półprzytomnie spojrzała na Zosię.
-Co? Co ty tutaj robisz? Cholera nie wyczułam nikogo! Ukrywasz się przed wzrokiem innych? Czy to ja byłam nieuważna?-
Zosia zastygła przestraszona nagłym wybuchem.
-Ja, ja, ja nie chciałam przeszkadzać
-
Dziewczyna łypnęła na nią znad okrągłych czarno-czerwonych okularów. I nagle uśmiechnęła się, szczerząc białe ząbki.
-Przepraszam, zapomniałam się. Kiedy się zamyślam to zupełnie nie wiem gdzie jestem. Te książki? A, dostałam specjalne pozwolenie od rektora, i mogę je wypożyczyć. A ty? Co tutaj robisz, nie masz jakiś zajęć?- potok słów urwał się równie nagle co rozpoczął.
-Yyy
ja
- Zosia zaskoczona zająknęła się.- No niby coś mam, ale zastanawiam się czy iść na ćwiczenia czy nie
-
Pomimo pogodnego tonu i uśmiechu dziewczyny Zosia czuła jakąś dziwną niechęć do niej.
-Och, chyba powinnaś pójść, w końcu nie wolno tak olewać zajęć, przecież jesteś tutaj aby się czegoś nauczyć.- Dziewczyna usiadła naprzeciw Zosi.- A tak w ogóle, to na jakim wydziale jesteś?-
***
Wit podniósł głowę znad książki i poprawił okulary. Pomasował zdrętwiały kark. Która to godzina? Już pierwsza? Trzeba będzie się zbierać do Akademii. Hm, kawałek stąd jest przystanek, a potem to jeszcze dobre pół godziny telepania się tramwajem. A może spróbować tego co ostatnio powiedział profesor Kalwin? Wit rozglądnął się. Godzina była w miarę wczesna, więc sklep był prawie pusty. Po lewej i prawej kilka półek z książkami. Wit wziął głęboki oddech i skupił się. Profesor mówił, że wszystkie labirynty w swoich korytarzach przecinają się gdzieś w innym planie. Dosyć łatwo jest przemieszczać się w naszej rzeczywistości poprzez labirynty. Wystarczy zgubić się dostatecznie głęboko w labiryncie i użyć magii do odnalezienia drogi do miejsca gdzie się chce trafić. Można wyjść nawet na innym kontynencie. Podobnie jest z bibliotekami, tylko trudniej to zrobić. Wit wyobraził sobie wielką, wielopiętrową bibliotekę Akademii, książki po horyzont, półki jak okiem sięgnął. Z zamkniętymi oczami zaczął iść przed siebie. W myślach liczył kroki. Jeden, dwa, trzy. Ucichło szuranie wykładziny pod butami. Osiem, dziewięć, tutaj chyba już powinna być ściana sklepu, dziesięć, jedenaście, dwanaście. Wit poczuł jak nogi zapadają mu się w miękkim dywanie. Otworzył oczy. Wielkie półki pełne opasłych tomów uginały się pod ciężarem wiedzy. Zapach starych stronnic z lekko kwaśnym odorem zepsucia wdzierał się do płuc. Spojrzał do góry. Czubki półek niknęły w mroku. To nie była biblioteka Akademii. To musiała by ta bibliotek pomiędzy. Wit wyciągnął jedną książkę i spojrzał na tytuł. Znaki nie przypominały alfabetu łacińskiego, a były chyba za proste na chiński czy japoński. Otworzył ją na przypadkowej stronie. Znaki zlewały się w pionowe szlaczki o wspólnym korzeniu, coś, co mogło by być literami lub wyrazami wyrastało z nich po obu stronach. Wzrok gubił się w liniach, Wit zatrzasnął księgę i pomasował bolące skronie. Co za cholerstwo? No cóż, nie ważne. Trzeba się teraz stąd wydostać. Wyszeptał proste zaklęcie Znajdowania Drogi, jako cel podał bibliotekę Akademii. Kilka metrów przed nim pojawiło się blade, widmowe światełko. Ruszył w jego kierunku. Szedł, szedł i szedł
Trudno było odmierzać czas w bibliotece pomiędzy, ale w końcu Wit rozpoznał półki z książkami. Sufit znowu znajdował się nad głową. Tak, ta tandetna wykładzina pod stopami, to musiała być biblioteka Akademii. Udało się, nareszcie. Ciekawe która jest godzina? Ruszył w stronę wyjścia, kiedy usłyszał znajomy głos. Zosia? Chyba tak. Skręcił w kierunku skąd dobiegały odgłosy rozmowy. Spojrzał w lukę między książkami. Zosia siedziała przy stoliku z jakąś dziewczyną.
-Cześć. Więc wreszcie zechciałaś pokazać się na uczelni?- powiedział wychodząc zza książek.
Zosia popatrzyła na niego zaskoczona.
-Cześć! Nie zauważyłam cię. To jest
- zaczęła i wskazała na dziewczynę.
-Elżbieta Przekrzyk. Studiuje na Wydziale Ciemności.- powiedziała i podała dłoń Witowi.
-Wit Rola, Wydział Ognia. Nie chciałem wam przeszkadzać ale
- urwał kiedy zdał sobie sprawę, że Elżbieta ciągle ściska mu dłoń.
- Powiedz
Wicie.- Zaczęła Przekrzyk i machnęła dłonią w powietrzu. Zaklęcie zaświergotało w powietrzu zmywając barwy ze świata i zatrzymując czas. Zosia zamarła z mętnymi oczami i wpół otwartymi ustami. Co takiego masz, co tak przykuwa mój wzrok?-
-A..., ale, o co ci chodzi? Puść mnie!- spróbował wyrwać rękę. Dziewczyna zacisnęła lekko dłoń, i Wit upadł na kolana sycząc z bólu. Nachyliła się nad nim i wyszeptała do ucha.
-Nie takich jak ty miałam przyjemność łamać. Oszczędź sobie cierpienia, a mi czasu i oddaj to źródło.-
-Nie mam pojęcia o czym mówisz! Proszę, zostaw mnie w spokoju!-
Wyprostowała się, a jej oczy zabłysnęły.
-Nie krzycz, nie lubię hałasu.- zmrużyła oczy.- Co masz w kieszeni? Pokaż.-
Zanim zdążył zareagować na jego wyciągniętej ręce spoczywał kolczyk od babci.
-No no no...- Dziewczyna zatrzymała dłoń nad przedmiotem.-Czyżby mereruka? Nie do wiary. Dwa w jednym mieście. Coś się zapowiada. -Spojrzała Witowi w oczy. Masz pojęcie, chłopcze, co posiadasz? Nie wydaje mi się. A teraz, pozwolisz...- Opuściła dłoń na kolczyk.
Nie.
Elżbieta zamarła. Wyprostowała się i rozglądnęła.
-Kto...?- Spojrzała na Wita. Klęczał z zamkniętymi oczami. Przedmiot na jego dłoni zdawał się lekko parować na pomarańczowo. W powietrzu rozszedł się nieśmiały zapach jakiś kwiatów.
Nie. Karty są w trakcie rozdawania. Głos wydobywał się z ust Jakubowskiego, ale na pewno nie należał do niego. Zdawał się dziwnie bezosobowy, szary, przychodzący z ogromnej odległości. Każda ze stron posiada jeden kamień. Gra nie została jeszcze rozpoczęta. Nie wolno ci jeszcze działać.
-Co? Nie wiem, kim, ani czym jesteś, ale nie będziesz mi rozkazywać.- od kiedy odzyskała moc, poprzysięgła sobie że już zawsze będzie brać to co chce. A teraz spadaj stąd, i nie wtrącaj się w nie swoje sprawy.- Sięgnęła po kolczyk.
Krótki błysk światła i wyładowanie elektryczne odrzuciły ją do tyłu. Podniosła do rozszerzonych oczu przypalone końcówki palców.
-Co u diabła?!- spojrzała z przerażeniem na Wita. Chłopak ciągle klęczał z zamkniętymi oczami.
Wbrew regułą byłaby moja interwencja i zabicie cię, pionku Czerni. Ale uwierz mi, mogę zadać ci cierpienia, których ogrom nie mieści się w twojej małej główce, gadzie. Więc teraz odejdź.
Elżbieta wstała szybko i z cichym przekleństwem użyła Bramy Przez Ciemność. Po chwili Wit otworzył oczy i zwalił się na podłogę ciężko oddychając. Babel czasowy zafalował i z cichym pyknięciem zniknął.
-I...- Zosia zamrugała z niedowierzaniem.- Co, tu się, kurwa dzieje?!- krzyknęła i rzuciła się do Wita. Otarła krew płynącą z jego nosa.
-Proszę pani! Pomocy! Proszę, pomocy! -krzyknęła do przechodzącej kilka rzędów dalej bibliotekarki.
Z dłoni Wita powoli wypadł kolczyk. W powietrzu rozniósł się łagodny zapach kwiatów pomarańczy.
***
Anna stała w drzwiach mieszkania pachnącego stęchlizną. Z wnętrza bił chłód, nikt dawno tu nie zaglądał. Za oknem wielobarwny tłum przewalał się w promieniach słońca przez Rynek. Stanęła pośrodku pokoju i rozglądnęła się. Niewielki pokoik, pośrodku stół, w kącie łóżko. Pod oknem biurko, nowe, zapewne przygotowane pod komputer. No tak, czasy się zmieniają. Z pokoju niewielkie drzwi prowadziły do równie niewielkiej łazienki. Ot i całe mieszkanie. Nie tak źle pomyślała Anna. Żyło się w gorszych warunkach. Została jeszcze jedna sprawa. Zmierzyła pokój ponurym wzrokiem. Wyraźnie ich wyczuwała. Chyba nic poważnego, ale zdążyły się zagnieździć.
-Wypierdalać, ale już.- powiedziała do pustego mieszkania. -Jak wieczorem znajdę chociaż jednego to rozpierdolę na kawałki, zrozumiano?
Obróciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą drzwi na klucz. Osłoniła oczy dłonią. Zachodzące słońce raziło. Pora wyruszyć na łowy. Chwilę pokręciła się po Rynku. Znalazła jakiś samotny i pusty zaułek. Zdjęła z szyi zielony kamyk na srebrnym łańcuszku i zacisnęła go w ręce. Przymknęła oczy i skupiła się na wewnętrznej mocy. Pomimo tego że była w środku miasta, gdzie Zasłona jest silna, a magia przytłumiona techniką ludzi czuła tętniącą potęgę. Tak, zdecydowanie za długo nie była w Krakowie. To rzeczywiście magiczne miejsce. I to dosłownie. Związała się z Zieloną Furią i z łatwością rozdarła Pierwszą Zasłonę. Moc pulsowała w skroniach, przepełniona ledwo powstrzymała się od przejścia do Trzeciego Miasta. Wystarczy że raz tam była. Tak, to zdecydowanie wystarczy. Otworzyła oczy. Świat nabrał odcieni szarości, budynki urosły, powykrzywiały się sięgając ostrymi dachami do czerwonego nieba z czarnym słońcem wiecznie zawieszonym pośrodku. Drugie Miasto. Pasiasty kot otarł się o jej nogę. Pogłaskała go i rozejrzała się. Szare ulice o wykrzywionych kostkach zdawały się puste, ale wyraźnie ich czuła. Więcej niż zwykle, o wiele więcej. Szlag, nigdy by nie pomyślała że aż tyle może być poza gniazdem. Czy to miasto stało się aż tak nieprzyjazne? Kot przy jej nodze zamruczał. Z ciemności obok wyskoczył pokraczny stwór, wielkości dobermana. Macki i haki zaświergotały w powietrzu, piątka czerwonych oczu wpatrywały się w Annę. Kot skoczył, i zanim stwór zdążył zareagować już leżał i rozpaczliwie świergotał w rozszerzającej się kałuży żółtej posoki. Kot oblizał łapkę. Kurwa, pomyślała Anna. Tak wielkich myślokształtów jeszcze nie widziała. Te w Zakopanem nie były większe od myszy, czasami trafiał się wielkości szczeniaka, ale nie tak cholernie wypasiony jak ten. To miasto naprawdę się zmieniło, i to na gorsze. Ciało stwora powoli zaczęło się marszczyć i kurczyć, po chwili został tylko mały czerwony kamień, błyszczący w czarnych promieniach słońca. Kot podniósł łebek i spojrzał na nią.
-Nie, dziękuję. Może i dawno nie polowałam, ale zdołam złapać własne.-
Kot prychnął, jakby niedowierzając i chrupiąc zjadł kamień. Anna otrząsnęła się słysząc zgrzyt ząbków. Kot przez moment lizał się po pyszczku, po czym dumnie wyszedł na ulicę i zniknął w cieniu budynków. Anna westchnęła i ścisnęła Zieloną Furię. Nie lubiła przemiany, ale w tym mieście nie uda się jej polować w normalnym kształcie. Zacisnęła powieki i sięgnęła do mocy kamienia. Wyszeptała zaklęcie Zmiany Formy. Uderzenie bólu zwaliło ją z nóg, przed powiekami tańczyły czerwone kształty. Sapnęła powstrzymując się od krzyku. Spazmy i skurcze mięśni miotały nią po bruku. Po kilku minutach było po wszystkim. Wstała i otworzyła oczy. Rysy jej twarzy wyostrzyły się, dłonie wydłużyły i przemieniły w czarne szpony. Włosy sięgały już do pasa, spadając w dół kruczoczarną kaskadą. Pomimo tego że przemiana była niekompletna bolało jaka cholera. Właśnie dlatego nie lubiła się zmieniać. Ruszyła w stronę Rynku, mrużąc zielone oczy w promieniach ponurej karykatury Słońca. Mijała wydłużone cienie, poruszające się bez ciała - tak wyglądają ludzie w Drugim Mieście. Stanęła przy pokracznej fontannie wypluwającej ciemną wodę. Kamienny gargulec gapił się na nią pustymi oczami. Rozluźniła się, na tyle na ile można w tej formie, i czekała. Sam zapach jej duszy powinien zwabić jakiegoś większego bydlaka. I rzeczywiście, po chwili, z cichym sapnięciem z cieniu po drugiej stronie wyłonił się stwór wielkości konia. Amorficzna masa, składająca się z świszczących w powietrzu macek, podobnych do kościanych batów, poruszała się na setkach owadzich nóg. Wielkie, ludzkie oko pośrodku stwora otwarło się z mlaśnięciem. Zaświergotał, gdzieś spomiędzy macek i zaskakująco szybko rzucił się w stronę Anny. Wilk napięła mięśnie, i skoczyła w bok, kiedy kształt był tuż przy niej. Za późno. Jedna z macek rozharatała jej ramię. Krople białej krwi trysnęły na czarny bruk. Cholera. Złapała się za ramię i zacisnęła zęby. Stwór odwrócił się błyskawicznie i zaświergotał z obrzydliwą satysfakcją. Będzie musiała skończyć to szybko, krew przyciągnie inne. Myślokształt znowu zaszarżował, tym razem Anna skoczyła w górę dużo wcześniej, w locie ledwo unikając świszczących macek. Odwróciła się błyskawicznie i cięła szponami w miękkie cielsko stwora. Potwór zaskrzeczał rozpaczliwe, próbując się odwrócić. Anna złapała mackę i pociągnęła z całej siły. Donośny chrupot i fontanna gęstej, żółtej posoki towarzyszyły oderwaniu części. Myślokształt odwrócił się i machnął wszystkimi mackami, starając się rozerwać Annę. Wilk skoczyła do przodu i wbiła pazury w oko. Stwór zaświergotał z bólu, macki zamachały beznadziejnie w powietrzu. Anna rozdarła oko, mętna i galaretowata ciecz wylała się na bruk. Ciało stwora opadło bez życia. Wilk stała i sapała ze zmęczenia. Spoglądnęła spod brwi na stwory obserwujące ją z cieniu budynków. Stwór zwiotczał, wysechł, i po chwili skurczył się do małego czerwonego klejnotu. Krwawnik. Anna podniosła klejnot, i spojrzała na niego pod słońce. Prawie czysty, tylko jedno małe zmętnienie. Powinien wystarczyć. Spojrzała na ranę na ramieniu. Już przestała krwawić, za godzinę zostanie tylko strup. Szybkie gojenie, kolejny plus przemiany. Z satysfakcją patrzyła prosto na stwory. Żaden nie wystąpił do przodu, mniejsze schowały się i rozbiegły. Anna zawyła do czarnego słońca. Teraz to był jej teren łowiecki.
***
Wit stał pośrodku pustej przestrzeni, ciemność rozchodziła się w nieskończoność we wszystkich kierunkach. Czy ja śnię? - pomyślał Wit - Jeśli to sen to na pewno nie mój. Moje sny wyglądają inaczej. W moich snach jestem kimś innym, a nie Witem Rolą. Wit poczuł czyjąś obecność, tuż za plecami. I tak jak to bywa w snach, nie mógł się odwrócić. Obecność była w jakiś sposób wysmukła, nie tyle szczupła co wydłużona, rozciągnięta w czasie i przestrzeni, jak czarny pocisk zatrzymany w nieustannym dążeniu do celu.
Wicie Rolo, dogoniłam cię w twojej drodze do Śnienia. Jestem w twoim posiadaniu, choć nie tylko ty jesteś moim panem. Wicie Rolo, zatrzymałam cię, żeby zostawić ci ostrzeżenie. W tym mieście są jeszcze dwie mereruki, więc uważaj. Każdy twój krok, każda twoja akcja może mieć wpływ na przyszłość, nie tylko twoją. I to w znacznie większym stopniu niż to sobie wyobrażasz. A teraz muszę cię opuścić, Wicie Rolo. Nadchodzi Kraina Snu.
***













Comments