Zosia wysiadła z taksówki w mrok Zwierzyńca rozświetlony żółtawym światłem latarni. Wyciągnęła chłopaka z auta i podała pieniądze kierowcy. Podziękował skinieniem głowy i odjechał. Chłopak zachowywał się dziwnie apatycznie. Nic nie mówił, na pytania w ogóle nie odpowiadał lub nieprzytomnie kręcił głową. Szkliste oczy i nieobecne spojrzenie patrzące nie na, ale przez Zosię martwiły ją. Zosia spojrzała na wejście do ogrodu zoologicznego, z mroku bramy wyłaniała się czwórka zakapturzonych postaci. Zosia niepewnie ruszyła przed siebie. Jedna z postaci wysunęła się o krok do przodu i zrzuciła kaptur z głowy. Długie jasne włosy z pasemkami siwizny błysnęły w mroku, światło latarni rozjaśniło twarz z siatką delikatnych zmarszczek i niesamowicie niebieskimi oczami. Kobieta uniosła lewą rękę ku górze, wnętrzem dłoni do Zosi.
-Witam cię, Zofio Czełkowska, w imieniu Rady Starszych z Krakowskiej Akademii Sztuk Tajemnych.-
-Witajcie członkowie Rady. Jako studentka Krakowskiej Akademii Sztuk Tajemnych i podopieczna pani Stanisławy Koszynickiej, dziekan Wydziału Światła jestem do waszej dyspozycji.-
Cholera, pomyślała Zosia. Oficjalne powitanie, sama obecność większości członków Rady nie mówiąc już o ceremonialnych szatach. Cholera, a przecież tylko poprosiła profesora Durajkiewicza o pomoc. Kobieta w płaszczu uśmiechnęła się.
-Co tam nam przywiozłaś Zosiu?-
Nagła zmiana tonu rozmowy zbiła Zosię z pantałyku. Czyżby oficjalna część już sie skończyła?
-Znalazłam tego chłopca w betonowej piwnicy, pani profesor Koszyniecka, on...-
-Wiem, Zosiu, profesor Durajkiewicz wszystko nam powiedział.-
Zofia odetchnęła z ulgą. A więc powiadomienie tego starego nerwusa nie było błędem. Koszyniecka objęła Zosię ramieniem i ruszyła do wejścia do zoo. Dziewczyna ciągle prowadziła przed sobą chłopca. Pozostałe postacie zdjęły kaptury ukazując twarze kolejnych dziekanów. Jedyną która Zosia poznała należała do czterdziestolatka o krótko przystrzyżonych ciemnych włosach. Piwne oczy pozostały zimne, kiedy kiwnął głową witając się z nią.
-Dziekana Damiana Szawnia chyba już znasz. To dziekan Artur Kalwin z Wydziału Powietrza, a to Adam Nowak, profesor i były dziekan.- Koszyniecka podkreśliła słowo były. Nowak skrzywił się. Zosia z coraz większym zdziwieniem przyglądała mu się. Młody, bardzo młody, wyglądał na dwadzieścia lat. Pomimo zimna pod czarnym płaszczem sięgającym kostek miał tylko czarny podkoszulek z tandetnym napisem "Shadow Mage". Niebieskie jeansy i buty do chodzenia po górach dopełniały obrazu. Co do rysów twarzy, to pod każdym względem był po prostu... przeciętny. Z tłumu ludzi nie wyróżniał się zupełnie niczym. Idealny szary człowiek. Ktoś taki przecież nie ma prawa istnieć, pomyślała Zosia. Przecież każdy czymś się wyróżnia, tylko w tłumie zdają się być tacy sami. A on potrafił zlać się z tłumem bez tłumu.
-Były, ponieważ jak sobie pani dziekan przypomina - Adam przerwał rozmyślania Zosi - mój wydział został zlikwidowany trzydzieści tal temu, pomimo tego że ciągle odnajdujemy nowicjuszy z talentem do ciemności. Przez to że nie mają gdzie się szkolić zmuszacie ich do praktykowania na innych wydziałach.-
-Och, dobrze wiesz, Adamie, czemu rozwiązano twój wydział. - Wtrącił się Artur Kalwin. - Intrygi wewnątrz wydziału mogliśmy tolerować. Przymknęliśmy oczy na głupie żarty które prawie przyprawiły panie z dziekanatu o zawał serca. Ale próba zabójstwa? Może to i też był tylko żart, - rzucił szybko widząc ze Nowak otwiera usta. - ale użyta magia z łatwością mogła uśmiercić połowę Akademii. A potem ta sprawa z... klubem. - Kalwin wzdrygnął się. - Dobrze, nie mówmy już o tym. Chodźmy, Dozorca nas czeka.
Zgromadzenie ruszyło powoli po ścieżce wgłąb zoo. Mroczne aleje zdawały się wić niczym labirynt, czarne klatki więziły ciemność, nigdzie nie było widać żadnych zwierząt. Brak światła był uciążliwy, Zosia co krok potykała się na nierównej drodze. Poza tym mrok zaczynał ją niepokoić. Szli w ciszy, Zosia już dawno zgubiłaby drogę, gdyby nie zdecydowane przewodnictwo profesor Koszynieckiej.
-Przepraszam, ale nie będzie z nami profesora Durajkiewicza?- zapytała Zosia, starając się odgonić potwory które przywołała rozszalała wyobraźnia.
-Zygmunt do nas dołączy. -powiedział idący obok niej Adam.- Przynajmniej mam taką nadzieję.- dodał ciszej i westchnął.Artur wysunął się do przodu i zaczął rozmawiać szeptem z Koszyniecką. Zosia znowu zagapiła się gdzieś w ciemność, a ignorowany do tej pory chłopak potknął się i o mało co nie wyrżnął by twarzą w bruk, w ostatniej chwili złapał równowagę. Stał przez moment, po czym ruszył dalej beznamiętnym krokiem.
-Co właściwie z nim zrobimy?-zapytała Zosia.
-Poddamy go Próbie Czystości.- powiedział Damian Szawina.- Nie rób takiej miny, dziecko. Nie ma sie co dziwić ze nigdy o niej nie słyszałaś. Ostatnia była przeprowadzona w czterdziestym piątym, tuż po wojnie.- profesor Damian uśmiechnął się do wspomnień.
-Ale, panie profesorze, na czym ona w ogóle polega?
-Och, nie chciałbym psuć ci niespodzianki, dziecko, ale nie masz się co martwić. Nie jest ani bolesna ani nieprzyjemna. A co do twojego małego podopiecznego - powiedział wyprzedzając pytanie- to jego hm... stanem zajmiemy się od razu po Próbie.
Reszta drogi minęła Zosi w ciszy, ciemności i nieznośnej ciekawości.
***
Zadaszona zagroda, z powodu siana i zapachu konia, bardziej przypominała stajnię niż schronisko jakiegoś egzotycznego zwierzęcia. Stali zaraz za drewnianymi drzwiami, kilka jarzeniówek wyłaniało z mroku ogrom pomieszczenia pośrodku którego znajdował się jaśniejszy okrąg, gdzie akurat krzyżowało się światło lamp. Zosia z zaciekawieniem przyglądała sie zwierzęciu które przycupnęło na słomianej podłodze. Wydawało się niewiele większe od wyrośniętego psa, z długą sierścią szarego koloru. Zosia nie widziała ani jego sylwetki ani głowy więc trudno było jej rozpoznać gatunek. Z prawej strony z mroku wyłoniła się wysoka, umięśniona postać. Mężczyzna był ubrany w roboczy kombinezon pracownika zoo, w prawej ręce trzymał widły, w lewej wiadro wypełnione jabłkami i marchewką.
-A któż to raczył zawitać w moje skromne progi? Jaśnie państwo dziekanowie! Ależ dzisiaj mam gości!
-Witaj Dozorco- powiedziała dziekan Koszyniecka.- Masz innych gości?
-A mam, mam.- Dozorca uśmiechnął się i wskazał widłami za siebie. W mroku Zosia rozpoznała charakterystyczną sylwetkę Durajkiewicza opierającego się o ścianę. Zdawało się jej że profesor machnął do niej ręką.
-Więc wiesz, po co przybywamy?
-Tak.
-Więc? Jaka jest twoja decyzja? Zezwalasz?
Dozorca zamyślił się. Zofia była zszokowana. Jak to możliwe, że Rada Starszych, największy autorytet na południu Polski, zgromadzenie najsilniejszych magów z całego kraju musi prosić kogoś, i to kogoś kogo tytułuje się Dozorcą o pozwolenie? To po prostu nie mieściło się w głowie. Dozorca znowu uśmiechnął się pod wąsem.
-Zgadzam się, ale musicie zrobić to szybko. Jest bardzo stara i bardzo zmęczona.
-Dobrze, zrobimy to jak najszybciej. Przygotuj barierę, Dozorco.
-Jest już gotowa i aktywna, pani profesor. Czyżby pani nie zauważyła?- spytał z przekąsem. Zosia rzeczywiście teraz wyczuła lekką emanację magii, gdzieś na granicy świadomości. Lekką, lecz nieprzerwaną i cienką jak ściana z żelaza. Koszyniecka uśmiechnęła sie krzywo i skinęła głową. Dozorca odstawił widły i wiadro, i podszedł do skulonego zwierzęcia. Przykucnął i delikatnie pogładził szare futro.
-Pora się obudzić, Shar'eltain, pora wstać, no już, powoli...- mówił szeptem. Zwierze powoli podniosło drżący łebek podobny do głowy kozy, większy u dłuższy, i gdyby nie szara bródka, bardziej przypominający konia. Stworzenie wstało niepewnie na drżących nogach i odwróciło się przodem do Zosi. Dopiero teraz zauważyła długi na dwie dłonie, lśniąco biały i kręcony róg. Jednorożec! Mityczne zwierze, legenda średniowiecza, tu w Krakowie! Zosia zamrugała. Jednak zwierzak różnił się nieco od popularnego wyobrażenia o nim. Przede wszystkim był mniejszy od konia, gdyby go zobaczyć z dużej odległości z łatwością można by go pomylić z kozą. Miał nawet kosmyki sierści przy kopytach. Ogon bardziej przypominał ogon lwa, długi, zakończony kitą. Szara sierść na klatce piersiowej unosiła się miarowo, kiedy jednorożec starał się złapać oddech. Koszyniecka lekko popchnęła chłopca do przodu który ruszył w kierunku zwierzęcia jak w transie. Kiedy znalazł się o trzy kroki od jednorożca, zwierzę zamrugało szarymi oczami i skupiło na nim wzrok. Najwyraźniej miało problem z widzeniem. Dozorca pogłaskał jednorożca po łbie i powiedział:
-Chodź tu chłopcze, nie bój się, Shar'eltain nie zrobi ci krzywdy. Jest już stara, a i tak w młodości nie była zbyt dzika. Chodź chłopcze i dotknij rogu.-
Chłopak niepewnie podszedł do jednorożca i ujął biały róg. Jednorożec parsknął, starając sie wywinąć. W mgnieniu oka z dłoni chłopca spłynął mroczny cień i zacisnął się na szyi zwierzęcia. Chłopiec upadł a cień rozwinął się w powietrzy w ogromnego węża o czarnych łuskach i mlecznobiałych oczach ślepca. Jego szczęki zacisnęły się na gardle jednorożca, potężny ogon posłał Dozorcę pod ścianę. Jednorożec zarzęził i stanął na zadnich nogach, stale podnoszony przez rozwijającego się węża. Zwierzę walczyło o oddech kwiląc niemiłosiernie.
-Cholera jasna! Co się dzieje? To niemożliwe! Przecież jednorożce są odporne na ciemność!-
-Bariera! Wzmocnij barierę dozorco!- krzyknął Damian Szawnia.
Dozorca w kącie szybko wypowiedział jakąś formułę. Zosia poczuła nagłą falę mdłości, potężny zawrót głowy i zobaczyła mroczki przed oczami. Nie wiedząc kiedy znalazła się na podłodze, na klęczkach walcząc z mdłościami.
-To nie działa!-
-Dozorco! Zdejmij barierę, ja się tym zajmę!- potężny bas Durajkiewicza przebił się przez ogólne zmieszanie. Zosia poczuła ulgę i świat wrócił na swoje miejsce. Leżała i ciężko dyszała. Spojrzała na środek pomieszczenia. W lepkiej kałuży szarej krwi, wąż, dwukrotnie szerszy od człowieka spijał krew z rozdartego gardła jednorożca. Zosia zamrugała z niedowierzaniem, przez moment zdawało się jej że wewnątrz mglistego węża widzi pochylonego człowieka w czarnej zbroi, zbierającego pancerną rękawicą krew do probówki. Spojrzał na Zosię i uśmiechnął się. Mrugnął do niej podkrążonym okiem i okrył się czarnym płaszczem. I buł już tylko wielki wąż gapiący się na profesora Durajkiewicza białymi oczami. Durajkiewicz zerwał się do biegu w kierunku węża. Gad wyprostował się na trzy metry i otworzył paszczę. Pośrodku gardzieli ukształtowane z szarej mazi lekko falowało oko. Zza głowy węża rozwinęły się trzy pary widmowo czarnych skrzydeł. Durajkiewicz zrobił szybki ruch ręki i z cichym syknięciem w jego dłoniach pojawiły się dwa chromowane pistolety o lufach pokrytych błyszczącymi runami.
-Szybko, idźcie stąd!-krzyknął Dozorca.
Wybiegając Zosia odwróciła głowę. Durajkiewicz wbiegł w mglisty kształt węża aby wybiec z drugiej strony blokując cios długiego czarnego miecza dwoma skrzyżowanymi pistoletami. Długowłosa dziewczyna, całą w czerni poprawiła uchwyt na rękojeści miecza i uśmiechnęła się drapieżnie patrząc na Durajkiewicza.
***
Żywioł - ciemność, pomyślał Durajkiewicz robiąc unik przed ciosem miecza. Duomorfizm, moc około siódemki, ósemki. Parowanie, strzał. Wbrew pozorom trudno jest trafić cel znajdujący się o metr od ciebie, szczególnie jeśli cały czas się rusza. Durajkiewicz przykucnął uchylając się przed cięciem. Kurwa! Przestań się ruszać cholero! Profesor wyprowadził kopnięcie w kolano. uniknęła go robiąc salto do tyłu. Wykorzystał zwiększenie dystansu i wypalił z obu broni. Zasłoniła się w poprzek mieczem. Jedna kula minęła dziewczynę, druga zamieniała się w błysk odbity od ostrza. Niemożliwe! Żadna broń biała nie jest w stanie zatrzymać kuli! A co dopiero moich kuli pokrytych runami! To po prostu niemożliwe! Wypalił jeszcze raz, dziewczyna szybko zmieniła pozycję wysuwając jedną nogę do przodu i nachylając miecz na podobieństwo ogonu skorpiona. Znowu uniknęła jednej kuli, a drugą blokując ostrzem. Wściekły Durajkiewicz zaszarżował na nią strzelając. Uśmiechnęła się drapieżnie i szybkim ruchem klingi zbiła dwa pociski. Zrobiła krok do przodu i wyprowadziła pchnięcie w brzuch. Sparował je jednym pistoletem, drugi przystawiając jej do czoła.
-Koniec zabawy, szmato.- powiedział ze spokojem zasapany profesor.
-Zatrzymała cię na dość długo.- uśmiech nie schodził z jej ust. Nozdrza rozszerzyły się lekko, jakby węsząc.
-I tak muszę już iść.- Po raz pierwszy coś błysnęło w jej oczach, strach? obawa?
Durajkiewicz nacisnął spust. Runa na lufie błysnęła a kula przeszła przez ciało dziewczyny jak przez mgłę. Perlisty śmiech królował nad zagrodą, kiedy postać rozwiewała się. Durajkiewicz odetchnął ciężko, starając się uspokoić oddech. Emanacja ciemności malała, ale coś tu nie było w porządku. Żaden demon mroku nie mógł zranić jednorożca. Profesor podszedł do ciała zwierzęcia i nachylił się nad nim. Rana na gardle nie wyglądała na pozostałość po ataku gada. Była poszarpana, jakby od pazurów. Tknięty złym przeczuciem skupił się na aurze w pomieszczeniu. Oczywiście było jeszcze w nim dużo ciemności, mocna aura Dozorcy i gasnąca aura zwierzęcia które jeszcze żyło. Była także słaba aura czegoś podobnego w mniejszym pomieszczeniu tuż obok i więcej ciemności. Durajkiewicz marszczył brwi. Ta ciemność była inna. Była kogoś innego. Ślad... po czym? Zaklęcie... silne... ciemność... droga... Wrota Przez Cień! Był tu jakiś inny, potężny nigromanta! Na tyle potężny, że ukrył swoją obecność przed członkami Rady! Ale na pewno nie ukrył jej przed jednym. Durajkiewicz wybiegł z zagrody gotując się ze wściekłości.
-Gdzie on jest?! Gdzie jest ten pieprzony Nowak! Zabije gnoja!-
-Proszę się uspokoić, profesorze! Profesor Nowak był tu przed chwilą. -Powiedziała Koszyniecka rozglądając się. - W każdym bądź razie, musi być gdzieś w pobliżu. A teraz proszę powiedzieć o co chodzi.
-Zabije go jak go dorwę! Tam był jeszcze jeden nigromanta! Silny, ukrył się przed nami, ale Nowak musiał go wyczuć! Dobrze wiem ,ze nic się nie ukryje przed tym skurwy...- Urwał, kiedy zobaczył minę profesor Koszynieckiej.
-Dobrze, wrócimy do tego później. Teraz musimy się zająć chłopcem. Weźmiemy go do Wydziału Światła, tam go dokładniej oglądnę.-
-Pani profesor?- odezwała się Zosia. - A co ja mam robić?-
-Ty dziecko -powiedziała profesor Koszyniecka łagodniejąc w jednej chwili. - Zrobiłaś już wszystko co mogłaś idź do domu i wyśpij się.-
Zosia z wdzięcznością przyjęła to. Drogi do domu nie pamiętała, ważne było tylko ciepłe łóżko.
***
Agonia jednorożca trwała już godzinę. Dozorca nie mógł już patrzeć na męczenie się zwierzęcia, ale żaden człowiek nie wziąłby na siebie śmierci tak pięknego stworzenia. Stał przy niej i głaskał delikatnie po głowie. Nagle wyczuł czyjaś obecność za sobą. Szybki rozbłysk magii, kiedy próbowała się uwolnić, a potem usłyszał błagalny szept.
-Ekhem... czy mógłby mi pan pomóc?-
-A cóż to złapało się moje sieci?- zapytał nie odwracając głowy.
-Noo... jestem malachem, proszę pana.-
-To wiem, jak się nazywasz dziecko?- Na wardze jednorożca pojawił się krwawy bąbelek.
-Jestem Hanna, proszę pana.-
-A więc Anno- powiedział tłumacząc płynnie.- przyszłaś zobaczyć śmierć jednorożca?-
-Nie proszę pana, przyszła powitać nowe życie.-
-Trochę się spóźniłaś, wiesz? To już dobre ,pół roku chyba. Ale chodź tu, będzie się nam lepiej rozmawiać.- Dozorca zrobił szybki gest dłonią, i jego rozmówczyni została wyplątana z magicznej sieci. Podeszła do jednorożca i nachyliła się nad nim. Dozorca z ciekawością spojrzał na nią. Wysoka, ubrana w jeansowe spodnie i kurtkę, z długimi jasnymi włosami spiętymi w warkocz nie wyglądała na szczególną.
-Dobrze się maskujecie-
-Och, w tych czasach to podstawa dobrej pracy, proszę pana.-Powiedziała głaszcząc jednorożca. Zza jej pleców wyłoniła się para śnieżnobiałych skrzydeł, zdających się świecić wewnętrznym blaskiem. Dozorca westchnął.
-Czy nie możesz jakoś...?-
-Pomóc? Tym razem nie. Nie wolno nam nawet dotykać magicznych stworzeń, proszę pana.- Jej ręka zamarła nad głową zwierzęcia, ale kiedy jednorożec spojrzał załzawionym okiem na nią, znowu zaczęła go głaskać.
-Nie mam wiele czasu, może mi pan powiedzieć gdzie jest młode?-
-W małej zagródce, tam po drugiej stronie sali.-
Anielica wstała i podeszła do drewnianych drzwiczek. Za nimi, na kupce siana spał mały jednorożec, biały jak śnieg z niewielkim rogiem nieśmiało wystającym z czoła. Anielica westchnęła, i przykucnęła nad nim.
-Witaj Shar'kaeln. Mam nadzieję że grzechy ludzi nie skażą cię jak twoją matkę.- powiedziała głaszcząc go delikatnie. Po chwili wstała i wkroczyła na środek pomieszczenia.
-Muszę już iść, proszę pana. Do widzenia.-
-Do widzenia, Anno, do widzenia.-
Wzniosła się na skrzydłach o kilka centymetrów i zniknęła w powietrzu. Dozorca złapał spływające powoli na dół jasne pióro.
-Tylko to zostaje na tym parszywym świecie. Wykrwawiający się jednorożec, i jedno pióro anioła.-
Spojrzał na zwierze. Już nie oddychało. Wstał i przyniósł z półki zestaw narzędzi przyniesiony tu kiedy sprowadzono do Krakowa pierwszego jednorożca. Ktoś w końcu musi spuścić krew i odpiłować róg. Rada nie pozwoli na marnotrawstwo tak ważnych komponentów. Dozorca zaczął ostrzyć nóż.















Comments
Previous PageNext Page